RSS
poniedziałek, 05 lipca 2004
Oma Wanda

Maximilian podszedl do komody, popatrzal na zdjecie babci i powiedzial: "nie ma juz omy* Wandy, ona poszla spac. Bedzie dlugo spala. Byla chora i teraz odpoczywa... Kocham ome Wande. Byla dobra..."

(Maximilian ma dwa i pol roczku)

* Oma - (z niem.) babcia

czwartek, 10 czerwca 2004
Roza

Oprawilam jedno zdjecie mojej mamy, formatu A4. Stoi w salonie na komodzie, przy nim czerwona roza. Kwiatek nie wiednie mimo, ze stoi juz od dnia matki.

Maz kupil dla Mamy 20 roz. Na drugi dzien, 19 zwiedlo, zostala tylko ta jedna i stoi do dzis.  Nie wierze w cuda, ale z dwudziestu roz, z tego samego gatunku, przezyla tylko ta jedna i trzyma sie juz dwa tygodnie....

I znowu mi zle
Wczoraj znowu mialam ciezki dzien. Za duzo myslalam. Myslami wciaz przywolywalam mame. Wszystkie piekne chwile jakie pozostaly mi w pamieci.
Zycie jest takie kruche...Tak szybko mija i my z nim przemijamy. Nawet nie wiadomo kiedy nadejdzie ten koniec. Moj brat zawsze mowi, "ze tylko smierc jest sprawiedliwa, bo dopadnie kazdego". Ale dla mnie to nie jest sprawiedliwosc. Bo umieraja dzieci, dorosli i starcy. Ci pierwsi przeciez sie nie nazyli.I to nie jest sprawiedliwe... Po za tym warunki w jakich umieramy. To tez ma cos do mowienia. Jedni maja lekka smierc, inni umieraja przy wielkim cierpieniu.

Tak szczerze powiem, ze kiedy mama zmarla, odetchnelam. Bo widzialam jak bardzo sie meczy. Jak mimo kondensatora tlenu, brakuje jej powietrza. Ostatnie dni wegetowala.
Akle niemal do konca, byla jeszcze taka swiadoma. Rozmawiala. Logicznie odpowiadala na pytania. Dlatego wciaz mialam nadzieje. Wierzylam, ze mozemy jeszcze cos zrobic. Wydzwanialam wszedzie, gdzie tylko ktos wiedzial cos o raku. Zaczelam leczyc ja niekonwencjionalnie, bo lekarze leczyli tylko skutki, a nie przyczyny. Niestety na cokoliwek bylo juz za pozno. Raczysko musialo przerzucic sie juz na inne organy. I przegralismy te walke. A mama tak bardzo chciala zyc. Tak bardzo cieszyla sie z wnukow. Tak bardzo chciala zobaczyc moja siostre, ktora mieszka w Stanach, ktorej nie widziala trzy lata. Siostra nie zdazyla przyjechac...
Z poczatku moglo by sie zdawac, ze ona zyje dlatego, bo ma wciez nadzieje, bo czeka na przyjazd corki. Ma jakies cele, ktore ja przy zyciu trzymaja. Jednak pozniej zwatpila. I ta iskierka sie wypalila...

Wydaje mi sie, ze z dnia na dzien czuje sie gorzej. Ze z dnia na dzien poglebiam swoj zal i smutek. Dopiero do mnie dochodzi, ze stracilam jedna z wazniejszych mi osob. I jest to przeciez nieodwracalne.
Ostatnie tygodnie byly najgorszymi tygodniami w moim zyciu. Tak duzo przezylam. tak bardzo zycie nas nie szczedzilo.
środa, 09 czerwca 2004
Smutna historia

Niespelna miesiac temu zmarla moja mama. Nigdy wczesniej bym nie pomyslala, ze tak szybko to nastapi. Przezyla 49 lat. Byla wspaniala matka, zona, jak rowniez babcia dla swoich wnukow. Niestety ostatni z wymienionych, beda ja pamietac juz tylko z opowiadan i zdjec. Beda starac sie, by jej wizerunek przedstawic synkowi jak najlepszy. By wiedzial, jak cudowna osoba byla babcia Wanda.

W pazdzierniku zeszlego roku  dowiedzielismy sie, ze mama ma raka szyjki macicy. Stadium bylo malo zaawansowane. Wszyscy bylismy przekonani, ze bedzie dobrze. Ze jest to wyleczalne. Zrobia radykalne ciecie, kilka lamp i po wszystkim.

Pod koniec pazdziernika zaczeli ja leczyc. Zrobili TKP. I decyzja zapadla; "leczenie radio-chemio-terapia". Wciaz zastanawialam sie dlaczego jej nie tna? Dlaczego tylko lampy i aplikacje? Przeciez to trzeba wyciac. Ale coz moze zrobic szary czlowiek?

W styczniu zakonczylo sie leczenie. Mama byla slaba. Tlumaczylismy sobie, ze to przez ta terapie. Ze po malu dojdzie do siebie. Nabierze sil. Bedzie dobrze.

Mama z dnia na dzien mizerniala. Szybko sie meczyla. Slabla. Wszystko jej przeszkadzalo.

W lutym pochowala swojego ojca. Na pogrzebie rodzina nic nie podejrzewala. Mimo iz byla slaba, stwarzala pozory zdrowej. Nikt nie zauwazyl, ze cos zlego sie z nia dzieje.

W marcu zaczela goraczkowac. Wszelki wysilek byl juz niemozliwy. Nawet kilka krokow bylo dla niej za duzo.

Zrobiono jej RTG klatki piersiowej. Na zdjeciu byly dwie spore plamy. Lekarze mysleli, ze to niedodma. Ze w plucu zalega plyn, ktory sciagna i bedzie dobrze. Ale jakos nic z tym nic chcieli zrobic.                                Dostala skierowanie od rodzinnego do szpitala na oddzial pulmonologiczny. Nie chcieli jej przyjac. Dopiero po mojej interwencji, polozyli ja na odzial. Bylo to w kwietniu.

Poczula sie lepiej.  Mogla przejsc bez problemu przez caly korytarz. Tak badrzo sie cieszyla. Mowila, ze bedzie dobrze. Ze sciagna ten plyn i wszystko wroci do normy. Tak bardzo chciala zyc.

Wciaz ja oszukiwano. Nie mowiono jej prawdy. Lekarze powiedzieli mi diagnoze...rak pluc. I ten mial byc pierwotym rakiem.                                                                                                                 Widocznie wczesniej wiedziano juz wjecej. Dlatego nie robili jej tego ciecia...

Po tygodniu zostala wypisana.                                           W domu powiedzielismy jej co tak naprawde jest.To okropne uczucie, kiedy wiesz, ze nie mozesz nic zrobic. Kiedy jestes swiadoma, ze wlasna matka moze liczyc juz tylko dni. Bo juz nawet nie miesiace. Czujesz sie taka bezradna i zagubiona. Zycie traci sens i blask. Nic nie cieszy. Po prostu czekasz, az smierc nadejdzie i zabierze to zycie.

Choc wiedzialam, ze smierc jest blisko, nie chcialam z nia o tym rozmawiac. Nie chcialam wchodzic na ten temat. Wciaz mialam nadzieje. Wierzylam w cud i go szukalam. Nocami siedzialam w necie i szukalam tego cudu. Zaczelam leczyc ja niekonwencjonalnie. Bo lekarze leczyli tylko skutki, a nie przyczyny. Sprowadzialam krzem aktywny. W nim mialam iskierke nadziei....ale ta iskierka zgasla. Mama zmarla 13 maja. Nie doczekala sie podania krzemu....

Ciesze sie, ze mimo duzej odleglosci. Moglam byc przy niej do ostatnich chwil. Ze moglam ja pielegnowac. Dac uczucie bezpieczenstwa i milosci. Jednak zaluje, ze nie powiedzialam jej wjecej. Nie zdazylam....

Z nia wygasla radosc w moim zyciu.

A ja wciez gdy zamkne oczy ja widze. Widze jak blyszcza te sliczne oczy. Jak sle piekny usmiech. I czuje ta matczyna, bezinteresowna milosc.

Jednak mysl, ze juz nigdy jej nie przytule. Juz nie bede mogla z nia porozmawiac. Juz nigdy nie uslysze jej cieplego glosu. Juz nigdy nie bedzie tak jak bylo.....nie daje mi spokoju.

Ewolucja...

Przypomnialam sobie rozmowe z pewnym dobrym znajomym. Dr.chorob wew. Filozof. Interesuje sie ewolucja. Podal mi kilka przykladow na to, ze czlowiek kiedys chodzil na czworaka. Chocby problem zoltaczki fizjologicznej na to wskazuje. Kiedys ponoc kobiety nosily dluzej ciaze. A chodzac na czworaka, ich miednica i kanal rodny byly szersze. Co pozwalalo na latwiejsze rodzenie. Kiedy czlowiek przyjal pozycje wyprostowana. Budowa narzadow rodnych kobiety ulagla zmianie. "Sciesnily" sie. Ciaza trwa krocej, przez co nie wszystkie narzady wew. plodu sa w miare wyksztalcone. W szczegolnosci watroba. A towarzyszacy przy porodzie wysilek matki i dziecka sprzyja powstaniu owej zoltaczki.

Ale nie o tym chcialam pisac. Z biologicznego punktu widzenia. Isteniejemy tylko po to, by sie rozmnarzac. Kobieta rodzi dzieci, a mezczyzna ja zapladnia. I to jest glowny motor napedowy naszego zycia.

Wiecie dlaczego ludzie sie zdradzaja? Ponoc dlatego, iz kobieta w swoim instynkcie ma zachowane pierwotne czynniki. Glownym celem jej jest wychowanie dziecka. Zdradza tylko dlatego, bo szuka dla swych dzieci "nowego" ojca. W wypadku gdyby biologiczny ojciec nie wrocil z polowania, czy po prostu zginal. A mezczyzna zdradza dlatego, bo jego celem jest zaplodnic kobiete, by gatunek nie wymarl. I tego nie jest swiadomy. Natomiast swiadomym celem tego dzialania jest zdobywanie. I zaspokojenie potrzeby uczucia, ze wygral z konkurencja.

Niby to takie glupie, ale cos w tym jest....                Wszystko wskazuje na to, ze nadal w naszym instynkcie samozachowawczym mamy cos z naszych przodkow. I ze na tym glownie opiera sie nasz zywot.

Sens zycia

Ciagle zastanawiam sie nad sensem zycia. Po co zyjemy ? Po co wciaz dazymy do doskonalosci ? Po co darujemy innym uczucia ? Po co zakladamy rodziny? Dlaczego jestesmy dla jednych dobrzy, a dla innych zli? Dleczego jednych rozumiemy, a innych nie?

To wszystko jest przeciez takie ulotne. Wszystko szybko przemija. Nigdy nie wiemy kiedy nadejdzie koniec naszego zycia. Bo ono jest przeciez takie kruche i slabe...

Sens zycia jest nieodgadniony. Kazdy ma swoj poglad na ten swiat. Kazdy chce zyc swoim zyciem. Kierowac sie swoim rozumem, pogladami. Jestesmy tacy rozni, lecz jednak kazdego z nas czeka final. Final, ktory przyjdzie z nienacka i zabierze nam wszystko.

Co nastepuje potem ? Czy cos czujemy? Czy przechodzimy w reinkarnacje ? Czy jestesmy nadal obecni wsrod naszych bliskich ?

Dlaczego to jest taka trudna zagadka? Czy nie lepiej by bylo wiedziec to wczesniej ? Moze wtedy nie balibysmy sie smierci... Moze tak by bylo latwiej?

Dlaczego zycie jest tak niesprawiedliwe? Dlaczego jedni sa piekni, inni brzydcy ? Jedni grubi, a drudzy szczupli ? Jedni bogaci, a inni ubodzy? Dlaczego jedni sa inteligetni, a inni glupi?

Dlaczego ? Przeciez to niesprawiedliwe... A moze tak musi byc ? Moze to nadaje jakis sens zyciu. Mobilizuje i napawa nas do dzialania.

Tak czesto zastanawiam sie nas sensem mojego zycia. Dlaczego jestem soba ? Po co zyje ? Czy mam do wykonania jakies zadanie ? Przeciez musze po cos zyc... No wlasnie, po co?

Sa dni, kiedy jestem jak w jakims transie. I mimo, ze wszystko jest dobrze, nie chce mi sie zyc. Nie czuje sie szczesliwa. Nie czuje tego impulsu, ktory nas mobilizuje do zycia. Wtedy mysle o moich bliskich, ktorych juz tu nie ma. O mojej matce, ktora w wieku 49-ciu lat, przegrala walke z rakiem. A wczesniej nic tego nie zapowiadalo. Wszystko potoczylo sie tak szybko. I tak nagle.

Czy jest Bog ? Ja nie wierze w Boga. Wlasciwie nie wierze w nic. Moze to zle. Bo czlowiek powinien w cos wierzyc. Ale dla mnie wszystkie wiary pozbawione sa sensu. Wszystko wydaje sie byc prozaiczne, wymyslone. Moze za bardzo wglebiam sie w kazdy szczegol i probuje go jakos wytlumaczyc? I wtedy pozbawiam wszystko mocy. Tej, ktora mialo wczesniej.